Dawno, dawno temu, jakoś w zeszły piątek
Wiersz ten miał żywota swojego początek
Niby tak jak zwykle a jednak wyjątek
Nagły przypływ weny, jakbym wszedł we wrzątek
Od rymów właściwy w mym mózgu zakątek
Sklejał wers do wersu, z wątkiem łącząc wątek
Umysł zaczął tworzyć rymowy majątek
Klejąc jedną całość z wielu małych szczątek
O czym ten wiersz mówi, to już tajemnica
Niejeden czytelnik wręcz się nim zachwyca
Wszak to rymu ciekawa całkiem okolica
Marszczą się brwi siwe, czerwienieją lica
Z wrażenie siwieje nawet potylica
Na krytykę przybieram zaś pozę szlachcica
Do szabli w obronie aż bierze mnie chcica
By zemścić się z siłą i klasą Kmicica
Krytyka – jak była, to długo nie minie
Lecz kto rani szablą, od tejże też zginie
I bez „happy end’u” jak na filmie w kinie
Dokona żywota jak w ubojni świnie
Więc kroję swój wierszyk jak na grill cukinię
W nastroju jak po dobrym czerwonym winie
Gotowy na złe i te dobre opinie
Niech błyszczy rym klasą jak włos w brylantynie
I kilka morałów tu jednak się wdarło
Choć pod prąd zmierzały jak łosoś na tarło
By dać wiarę w pointę, że to nie umarło
Jak myśl, że być wielkim też uda się karłom
Jak dobre coś jest, żeby zawsze tak żarło
I to co prawdziwe fałsz hen stąd wyparło
Jak stal twarde, nie kreda co już się starło
I nie w tył lecz naprzód by zawsze już parło
Kto pisze co czuje, poklasku nie szuka
Nie czeka na „lajki” jak dziunie z Facebooka
Krytyki, gdy ta argumentem – wysłucha
I nowych tematów jak pies kości niucha
Nie boję się, że przyjdzie rymów kostucha
I powie, że wiersz mój już wyzionął ducha
Chcę ręki, gdy rym da mi swego palucha
A hejt wnet przeminie jak po lecie mucha
Ktoś powie, że wiersz ten jest całkiem o niczym
Lecz jego tu osąd wszak będzie stronniczy
Aż tyle tych wersów? (Na pewno policzy)
I werdykt pochopnie swój wyda zbrodniczy
Zawiedzie go jednak wnet umysł zwrotniczy
Bo wygra jak zwykle mój zmysł piśmienniczy
A autor? Cóż, leży i ze śmiechu kwiczy
Kto tego nie czuje, niech jeszcze poćwiczy