Śnieg wali się z nieba jak bomby z bombowców
I znowu ta zima zaskoczy drogowców
Poczuje się zwłaszcza ten doceniony
Co wcześniej w swym autku wymienił opony
Spoglądam przez okno a tam wszystko białe
Wygląda, że zima zostaje na stałe
Czas zatem przeszukać kieszenie ukradkiem
Bo miałem tam szalik i czapkę uszatkę
Od świtu zaś można popatrzeć się na to
Któremu z sąsiadów padł akumulator
Już szyby bez śniegu i czyste lusterka
Kierowca w niebiosa bezradny zaś zerka
I choćby nie wiem jak chłop się wytężał
To bez zasilania nie ruszy ten ciężar
Ten pech jednak dotknął nie tych co potrzeba
Nie tych co ich mózgi zmarznięte jak gleba
Gdy śniegu wciąż sypią się z nieba tumany
Ruszają na miasto śniegowe bałwany
Stos śniegu jak leżał tak leży na aucie
I jadą tak auta przedziwne w swym kształcie
By widzieć cokolwiek to dziura na szybie
W nadziei że patrol tak ich nie przydybie
A mógłby się patrol przysłużyć dziś światu
I dać tym osiołkom stów kilka mandatu
Samochód odśnieżać jest tak wielką łaską
Więc niech autobusem pojedzie na miasto
Czas na samochody co mają czujniki
I tylko bez śniegu swe włączą silniki
I niech mi nikt nie zarzuca co dzień
Że weny brak, więc piszę o pogodzie J
Bez weny to nikt dzisiaj pisać nie raczy
Ta czasem zamarza jak płyn spryskiwaczy
Artysta też czasem zbiera pokłosie
Gdy uszy czerwone i sople są w nosie